KRAKOWSKIE ZADUSZKI JAZZOWE

 

 

Jazz i Kraków  to pojęcia nierozłączne. Występują w przyrodzie razem i tak było zawsze. Mówimy jazz a myślimy Kraków. I właśnie dlatego tyle miejsca na tych stronach zajmuje jazz w Krakowie. Czy tematem artykułu jest legendarny (i najstarszy)  festiwal Krakowskie Zaduszki Jazzowe czy Międzynarodowy Festiwal Perkusyjny czy też rozmowy z wielkimi jazzmanami jak Hank Jones i Bennie Maupin. Wszystkie mają wspólny mianownik : Kraków. Zapraszam serdecznie.

 

 

 

KRAKOWSKIE ZADUSZKI JAZZOWE


50 OSTATNICH LAT

 

Zaduszki Jazzowe: co to takiego? Wielka tradycja, pomnik kultury polskiej, jeden z najstarszych festiwali jazzowych świata? A może umierający dinozaur, relikt czasów, które są już tylko zamierzchłą historią? Jednoznaczna odpowiedź nie jest chyba możliwa.

Niewątpliwie nikomu z pomysłodawców i organizatorów pierwszej imprezy przez myśl nawet nie przeszło, że będzie to kiedyś regularny festiwal i przetrwa do XXI wieku. Był rok 1954, niecałe dziesięć lat po koszmarze wojny światowej. Sytuacja w kraju, jak i na zewnątrz, daleka od pełnej stabilizacji. Życie w Krakowie, także kulturalne i artystyczne, toczyło się na pełnych obrotach. To miasto stało się swoistym tyglem, w którym spotykała się ocalała z wojennej zawieruchy miejscowa inteligencja z przybyszami z kresów czy uchodźcami z powstania warszawskiego.

Z końcem 1945 roku powstał pierwszy, złożony ze studentów zespół jazzowy. W jego składzie był Jerzy "Duduś" Matuszkiewicz, późniejszy współtwórca legendarnej grupy Melomani. W następnym roku zaczęła działać, przypominająca jazzowy big band, orkiestra taneczna Polskiego Radia. W restauracjach grali muzycy, którzy uprawiali jazz jeszcze przed wojną, a także w czasie okupacji. Wyróżniały się dwie orkiestry: Wróbla i Turewicza. W tej drugiej zdobywał doświadczenie Matuszkiewicz.

Podobnie jak to miało miejsce przed wojną, przy YMCA (Chrześcijańskie Stowarzyszenie Młodzieży Męskiej) działał klub jazzowy. Organizowano koncerty i spotkania połączone z odsłuchiwaniem muzyki z nielicznych dostępnych płyt. Prelegentem był Jerzy Skarżyński, wybitny malarz i scenograf, którego zainteresowania jazzowe sięgały czasów przedwojennych. Nie tylko służył dużą wiedzą młodym fanom, ale też udostępniał rzadkie nagrania ze swoich zbiorów. Podobnie jak inny kolekcjoner, redaktor naczelny Przekroju, Marian Eile (też zresztą scenograf). Jazz był dla niego muzyką, która w sposób doskonały ucieleśniała ducha współczesności. Korzystając ze swego bardzo wpływowego pisma, propagował również jego bardziej nowoczesne style jak bebop.

Ludzie Przekroju i liczni przedstawiciele elit intelektualnych i artystycznych kibicowali tworzącemu się dopiero środowisku. Wiele wypowiedzi "Dudusia" Matuszkiewicza czy Wojciecha Karolaka potwierdza jak ważne było to wsparcie dla młodych muzyków. Czyniło z nich prawdziwych artystów, odróżniając od muzyków restauracyjnych. Było to szczególnie istotne u progu lat pięćdziesiątych. W 1949 roku na zjeździe kompozytorów polskich w Łagowie potępiono jazz jako muzykę wrogą klasowo i ideologicznie obcą. Pod koniec roku rozwiązano w Polsce YMCA i rozpoczął się tzw. "okres katakumbowy". Wobec braku możliwości organizowania koncertów, muzycy zaczęli spotykać się na jam session w mieszkaniach prywatnych. Słynny był pokoik na pierwszym piętrze kamienicy przy ul. Stradom zajmowany kontrabasistę Witolda Kujawskiego (nawiasem mówiąc brata Jerzego Kujawskiego - malarza i kolegi Skarżyńskiego z Grupy Krakowskiej). Oprócz Skarżyńskiego i Eilego, przychodził Ludwik Jerzy Kern, Sławomir Mrożek. Grywali między innymi przedwojenny saksofonista i klarnecista swingowy Józef Łysak, Lesław Lic, młodziutki akordeonista Andrzej Trzaskowski, Krzysztof Komeda, Andrzej Kurylewicz, Melomani Matuszkiewicza. Sąsiedzi nie narzekali na hałasy, bo na parterze był magazyn, a za ścianą lokal wynajmowany przez stowarzyszenie głuchoniemych.

Grywano też na poddaszu u Kurylewicza i u Rafała Woltyńskiego, przyszłego prezesa jazz klubu. Do obszernego mieszkania państwa Fersterów przychodził m.in. Kern z Martą Stebnicką, Stefan Kisielewski, Stanisław Dygat, Kazimierz Mikulski.

Sytuacja dojrzała do tego, by zorganizować większą imprezę o charakterze ogólnopolskim. Pierwszy taki pomysł, autorstwa Jacka Borowca i Witolda Kujawskiego pojawił się na wiosnę 1954. Dopiero jednak jesienią doszło do wydarzenia dziś określanego jako pierwsze krakowskie Zaduszki Jazzowe. Termin był nieprzypadkowy. Jedyny wolny dzień dla muzyków, z których wielu przecież grywało w restauracjach, także w niedziele. I tak 1 listopada w sali gimnastycznej szkoły podstawowej przy ul. Królowej Jadwigi na zamkniętej imprezie spotkali się jazzmani i jazzfani z całego kraju. Jam session otworzył słynny animator i popularyzator jazzu z Warszawy Leopold Tyrmand, który odegrał na fujarce temat Swanee River. Występowali muzycy z Krakowa, Poznania, Warszawy i Śląska; z orkiestry Wicharego; byli też Melomani, Komeda, Kurylewicz, Witold Sobociński.

W zupełnie zadymionej i zatłoczonej salce uczestnicy stali bądź siedzieli przy dziecięcych stoliczkach, na ławkach dla pierwszaków. We wszystkich wspomnieniach podkreśla się niezwykłą, niepowtarzalną atmosferę. Musimy wierzyć na słowo, nie istnieją bowiem żadne nagrania i chyba nawet nie ma zdjęć. Spotkanie początkowo planowane na dwa dni, przedłużono do trzech.

Drugie Zaduszki odbyły się, o dziwo, w Zabrzu. Nie były już tak udane, choć odnotowano świetny występ Alojzego Thomysa z Melomanami. Jednak lawina ruszyła. Po okresie półoficjalnych występów i jam sessions zaczęto organizować legalne koncerty. Wśród gości pojawiali się Witold Lutosławski i Tadeusz Kantor.

W 1956 roku zaczyna wychodzić jednodniówka Jazz (później przekształcona w miesięcznik), powstaje krakowski jazz klub, po nim nowohucki z własnym zespołem (m.in. Jan Byrczek i Przemysław Gwoździowski), w radiu audycja Tyrmanda To jest jazz. W Sopocie pierwszy festiwal jazzowy (protoplasta Jazz Jamboree) zgromadził około trzydziestu tysięcy uczestników. Ta bezprecedensowa popularność miała jednak źródła nie tylko muzyczne. Nosiła charakter "odwilżowy". Była wyrazem tęsknoty do większych swobód i objawem nonkonformizmu. Władza zareagowała liberalizacją. Ministerstwo Kultury i Sztuki zaczęło popierać jazz. Pojawił się szerzej w mediach, ale też i w filharmoniach. Ruszył klub jazzowy Helikon.

Sytuacja powoli się normalizowała. O ile trzecie Zaduszki miały ponownie miejsce w szkole przy Królowej Jadwigi, to w następnym roku już w sali Państwowej Filharmonii. Zaczynają przyjeżdżać gwiazdy. Po sensacyjnych występach słynnego kwartetu Dave'a Brubecka, w 1960 roku gościem Zaduszek jest genialny saksofonista Stan Getz.

W kolejnych latach afisze festiwalu przypominają Who's Who polskiego jazzu. Zestawy nazwisk nawet dziś przyprawiają o zawrót głowy. Choćby rok 1963: Kurylewicz, Byrczek, Matuszkiewicz, Trzaskowski, Komeda, Stańko, Namysłowski, Urbaniak, Makowicz, Milian. Uff! Do tego okazjonalne gwiazdy zagraniczne. Byli więc np.: Don Ellis, Dexter Gordon, Don Cherry czy Eddie Henderson. Był big band Woody Hermana i Art Farmer z orkiestrą Petera Herbolzheimera.

Jedną z tradycji Krakowskiego Festiwalu Jazzowego (tak nazywają się Zaduszki od lat 70.) jest przyznawanie dorocznej (w zamierzeniu) nagrody o nazwie Złoty Helikon. Pierwszą w roku 1962 otrzymał Krzysztof Komeda. Wśród późniejszych laureatów był i Trzaskowski, i Namysłowski, Roman "Gucio" Dyląg i Janusz Muniak. Losy tej nagrody są równie zmienne, co losy samego festiwalu. Bywało, że jej nie przyznawano. W tym, jubileuszowym, roku, było aż pięć. Dla Jana Szewczyka, Witolda Kujawskiego i pośmiertnie dla Andrzeja Cudzicha, Przemysława Gwoździowskiego i Andrzeja Jakóbca. Dwaj ostatni zmarli niedługo przed festiwalem. Wcześniej, w sierpniu, odszedł Alojzy Thomys, znakomity, świetnie wykształcony muzyk, kompozytor i wychowawca wielu wybitnych jazzmanów. W latach 1965-67 prowadził klasę jazzu w liceum muzycznym przy Basztowej. Do jego uczniów należeli Zbigniew Seifert, Jan Jarczyk czy Janusz Stefański.

Tegoroczny, pięćdziesiąty, festiwal był skromny. Nie pojawiły się gwiazdy amerykańskie. Polski jazz był reprezentowany wyrywkowo. Do najciekawszych wykonawców należało trio Włodka Pawlika, przybyłe prosto z warszawskiego JVC Jazz Festival, gdzie odniosło spory sukces. Polsko-szwedzki kwartet Zbigniewa Czarnieckiego z południowoafrykańskim perkusistą Gilbertem Matthewsem grał modern mainstream na niezłym poziomie. W studiu S-5 bardzo spodobały się trzy węgierskie zespoły, szczególnie Dresch Quartet. Z Jarkiem Śmietaną wystąpiła, współpracująca z nim od wielu lat, Karen Edwards z USA.
Zaskakująco dobrze wypadła nieznana u nas, a bardzo sprawna brytyjska wokalistka Sophie Garner. Ma w repertuarze standardy środka jazzu, jak i kompozycje własne. Można było również zapoznać się z propozycjami laureatów konkursu Jazz Juniors: jwp.org i Stefan Gąsieniec Trio. Trzeciego z sześciu dni festiwalu, w zasłużonym dla polskiego jazzu klubie studenckim Rotunda, odbyło się wręczenie Złotych Helikonów. Poprzedziły je projekcje wersji roboczych trzech odcinków serialu dokumentalnego Andrzeja Wasylewskiego "Jazzowe Dzieje Polski". W połowie listopada czeka nas jeszcze epilog festiwalu.
50. Zaduszki Jazzowe przebiegły prawie bez zakłóceń, nie wywołały jednak większych emocji czy kontrowersji. Nie zapadły w pamięć na lata. Po prostu odfajkowaliśmy kolejny numer.

Od lat obserwujemy powolny upadek tej imprezy. Bywały czasy tłuste i chude. Przyczyny były różne: polityczne, organizacyjne, finansowe. Po pierwszym, heroicznym okresie walki o obywatelstwo dla uwielbianej muzyki, nadszedł czas wejścia w cień "Wielkiej Siostry" - Jazz Jamboree. Miało to i dobre strony, bo niektóre z gwiazd warszawskiego festiwalu "przy okazji" wpadały do Krakowa. Jednak nie ma już Jamboree i praktycznie nie ma PSJ. Większość weteranów i zapaleńców z dawnych czasów albo nie żyje, albo wycofała się z działalności. Sami muzycy nie wydają się zainteresowani podtrzymaniem tradycji. Jest zresztą krakowskim zwyczajem (strasznym), że muzycy nie przychodzą na koncert, jeśli na nim nie grają.

Wygląda na to, że i dla władz miasta Zaduszki Jazzowe nie są wartością samą w sobie. A przecież to instytucja ważna dla kultury Krakowa i całego kraju. Kolebka polskiego jazzu, jeden z najstarszych festiwali na świecie. To produkt, który ma spory potencjał i wartość przeliczalną na złotówki. Jest cenny jako symbol i znak towarowy. Mógłby zarabiać dla miasta (na przykład na stypendia dla młodych muzyków i pomoc dla starych). Mógłby promować Kraków w świecie lepiej, niż choćby tony sztucznych ogni wypuszczanych tu w niebo średnio co kwartał. Jak na razie jest tylko Marek Stryszowski, samotny organizator bez pieniędzy. W tym roku budżet wyniósł 47.000 złotych ( w tym 40.000 od miasta). Stryszowski traci już siły i ochotę; nie udało mu się uzyskać pomocy od ministra kultury. Rok rocznie, zwykle do ostatniej chwili, nie wie czy będą pieniądze i ile. Ma związane ręce. Jazzfani nie przyjdą na festiwal oferujący mniej, niż na co dzień proponują miejscowe kluby. Sprzedanie festiwalu jakiejś korporacji byłoby wyjściem najgorszym. Może więc dać sobie spokój. W końcu dziś prawie każde miasto w Polsce ma swoje Zaduszki Jazzowe. Może lepiej zapalić świeczkę i zachować dobrą pamięć. Pięćdziesiąt lat i wystarczy.

listopad 2005

(C) Piotr Siatkowski 2005

 

 

 

 

 

 ALL TEXTS AND IMAGES © PIOTR SIATKOWSKI

 

 

 

 

 


Previous page: KOBIECA TRANSSMISJA
Next page: DRUM FEST


web counter
web counter