RECENZJE CD


 



 

RECENZJE PŁYT CD

 


 

Tomek Grochot Quintet

featuring Eddie Henderson

 

My Stories 

Jeszcze niedawno perkusiści mieli nienajwyższą pozycję w świecie jazzu. Mówiąc wprost, byli często traktowani z góry, stając się obiektem drwin i niewybrednych żartów. Praktyka jakże niesprawiedliwa i, cóż, niemądra, wynikająca  być może z głęboko skrywanych kompleksów.

Obraz anonimowego wybijacza rytmu należy całkowicie do przeszłości. Obecnie wielu perkusistów to gruntownie wykształceni muzycy, nierzadko grający na kilku instrumentach, komponujący i aranżujący. Bywa, że prowadzą własne zespoły. To w końcu całkiem długa tradycja wyznaczana przez takie indywidualności jak Chick Webb, Gene Krupa, Buddy Rich, Art Blakey, Shelly Manne. W czasach bardziej współczesnych w Ameryce Max Roach ogromnie poszerzył pole zainteresowań świata instrumentów perkusyjnych. A w Europie za przykład niech służą choćby Pierre Favre, który daje także niezwykłe recitale solowe i Edward Vesala, niegdyś prowadzący nawet awangardowy big band.

W Polsce było wielu świetnych jazzmanów grających na bębnach, od weteranów Andrzeja Dąbrowskiego i Janusza Stefańskiego, poprzez reprezentantów średniego pokolenia jak Cezary Konrad aż po najmłodszych, będących dopiero nadzieją na przyszłość jak Igor Falecki. Liderami jednak bywają rzadko. Takie udane próby podejmowali Kazimierz Jonkisz, Czesław Bartkowski, Eryk Kulm czy Zbigniew Lewandowski.

Ostatnio także Tomek Grochot. Ten świetny krakowski muzyk talent pewnie dostał w genach bo wywodzi się z bardzo muzykalnej rodziny. Do tego musiał oczywiście dodać lata studiów (dyplom u profesora Jana Pilcha w 1999) i współpracę z wieloma istotnymi wykonawcami jak Janusz Muniak, Wojciech Karolak czy Jan Jarczyk. Ale nie tylko jazzowymi, bo był to także Nigel Kennedy i Kroke. A kiedy już nabrał doświadczeń i okrzepł, zamarzył by stworzyć własny zespół i nagrać w pełni autorską płytę.

Jego zespół to kwintet, na który składają się jedni z najciekawszych polskich improwizatorów młodego i średniego pokolenia: saksofonista Adam Pierończyk, pianista Dominik Wania i kontrabasista Robert Kubiszyn. Jest także gość specjalny, wielka gwiazda światowego jazzu, trębacz Eddie Henderson. Dysponując tak znakomitym zespołem i mając możliwość nagrywania w dobrym studiu Zbigniewa Preisnera w Niepołomicach, dołożył Grochot jeszcze jeden ważki atut - program złożony wyłącznie z własnych kompozycji, we własnych aranżacjach. Utworów jest dziesięć i są na tyle długie, że nie tylko dają muzykom możliwość pełnej i głębokiej wypowiedzi ale też szansę samej muzyce by mogła się swobodnie rozwijać a nawet poszybować. A może też zanurkować w głębinę bo, jak wynika ze wstępu autora i z niektórych tytułów, jedną z najważniejszych tu inspiracji był świat morski i podwodny.

Kompozycje Tomka Grochota są niebanalne i zróżnicowane. Są, jak sam mówi, zapisem jego doświadczeń i przeżyć - stąd pewnie i tytuł projektu My Stories. Mimo tej różnorodności rytmicznej, harmonicznej i melodycznej, zebrane na płycie stanowią spójną, dobrze zakomponowaną całość. Pierwsze nagranie zatytułowane Napoleonfish okazuje się definiujące dla tego projektu. Trzyczęściowy utwór zaczyna się bardzo spokojnie, pokazując miejsce akcji - zaciszny (w domyśle "nadmorski") krajobraz. Druga część jest bardzo dynamiczna, gwałtowna, pełna napięć. To, jak wolno się domyślać, walka mieszkańców podwodnego świata, a może scena polowania człowieka na wielką rybę. Tym ważniejszy byłby to sygnał skierowany do wrażliwszej części ludzkości że, jak wiadomo, wargacz garbogłowy jest zagrożony wyginięciem.

Eddie Henderson przechodzi od lirycznej, nieco leniwej ekspozycji do ekspresji zdynamizowanej, niemal drapieżnej, choć przecież na swój specyficzny, jednak stonowany, sposób. Wyraźnie zaznacza się też jego dominująca rola jako głosu prowadzącego. Rola przyjęta z gracją. W trzeciej części Dominik Wania przejmuje pałeczkę i nieco wygasza emocje by, po chwili, rozkręcić solo do poprzedniego poziomu. Jego fortepian kontrapunktuje grę Hendersona będąc naturalną dla niej przeciwwagą.

Saksofon Adama Pierończyka również znajduje na płycie ważne miejsce, aczkolwiek stanowi raczej dopełnienie, dopowiedzenie, domknięcie spektrum. Natomiast cichym, niemal niezauważalnym, bohaterem sesji jest Robert Kubiszyn. Jego kontrabas jest dla grupy mocnym, ale i ogromnie elastycznym kręgosłupem.

Sam Tomek Grochot zaprojektował swój udział w tym przedsięwzięciu dość nietypowo. Mimo, że jest liderem firmującym swoim nazwiskiem ten długi, w końcu osiemdziesięciominutowy, album, gra na nim jedynie dwie perkusyjne solówki. Nie eksponuje zatem nadmiernie swojej obecności. Być może wynika to ze skromności, a może też ze sposobu jego gry. Jest oczywiście motorem tej muzyki, ale nie ogranicza się do bycia wyłącznie bazą rytmiczną dla solistów. Jest czujnym i wrażliwym akompaniatorem ale jednocześnie nie gra linearnie, poruszając się w wielu kierunkach na raz. W jego bębnieniu stale się gotuje i wciąż jesteśmy zaskakiwani bogactwem rytmów jak i kolorystyką brzmień. Grochot jest liderem dyskretnym i empatycznym, potrafiącym znakomicie nawigować swoją małą orkiestrą.

Porozumienie muzyków jest maksymalne. Sam Eddie Henderson ofiarowuje nam tak wiele ze swej osobowości, a jego maestria, doświadczenie i smak sprawiają, że wszyscy improwizatorzy sięgają wyżyn kreacji. Bardzo to wciągająca, pełna wyobraźni plastycznej, muzyka. Jest jak soundtrack do filmu. Ale to, dodajmy, taka ścieżka dźwiękowa, która zupełnie nie wymaga filmu. Sama dla siebie jest obrazem. Spokojna, głęboka i niespieszna, jest czymś niecodziennym w naszych szybkich i powierzchownych czasach.

 

 

 

Leszek HeFi Wiśniowski 

Kinetyka 

EWMUSIC 


Jak dotąd chyba niewielu miłośników jazzu w Polsce dobrze znało to nazwisko. Na szczęście teraz ta sytuacja ma szansę radykalnie się zmienić bo Leszek Wiśniowski wydał nową płytę "Kinetyka". Ten wybitnie utalentowany krakowski muzyk jazzowy zdecydowanie zasługuje na znacznie szersze uznanie.

Z równą swobodą gra na fletach, saksofonach jak i posługuje się elektroniką. Wytrawny kompozytor i aranżer, z łatwością odnajduje się w różnych rodzajach muzyki. Dlatego chętnie zapraszają go do współpracy inni jazzmani, ale także orkiestry symfoniczne, twórcy muzyki pop, etnicznej czy eksperymentalnej. W tym przypadku talent okazał się jednak bronią obosieczną. Wiśniowski jest tak rozchwytywany, że choć na scenie muzycznej działa już dwie dekady, dopiero cztery lata temu wydał debiutancką płytę „Lechoechoplexita”. Już sam tytuł zapowiadał, że będzie ciekawie i nietypowo. I tak było w istocie. Zarejestrował ją niemal jednoosobowo, kładąc nacisk na eksperyment z dodatkiem elektroniki.

Nowy album dokumentuje dalsze poszukiwania i dojrzewanie twórcze. O dziwo, tym razem rozwój oznacza cofnięcie się. Powrót do korzeni głównego nurtu jazzu, a zwłaszcza epoki lat siedemdziesiątych i jazz-rocka. Zadanie ryzykowne, biorąc pod uwagę jak bardzo zużył się i wypalił ten styl. Trzeba przyznać, że efekt jest olśniewający. A są to wszystko (poza dwoma coverami) kompozycje własne lidera. Bardzo udane, sprawnie zaaranżowane. Niektóre to wręcz nowe jazzowe przeboje (choćby Taniec we mgle, St-Germain 141 czy Prestidigitator, ale przecież nie tylko te). Dobrze osadzone w klimacie tamtych lat, czasem nawiązują do takich mistrzów jak elektryczny Miles, Chick Corea z okresu kiedy powstały La Fiesta i Spain, Namysłowski, a nawet Komeda.

Zatem, znając ograniczenia konwencji, autor postawił na różnorodność. Uzyskaną zresztą prostymi środkami jak choćby przemieszanie utworów dynamicznych i ekspresyjnych z tymi mglisto-parysko-sennymi, czy dodanie brzmienia saksofonów tenorowego i sopranowego do swoich koronnych instrumentów jakimi pozostają flety. Trafny okazał się też dobór muzyków kwartetu, w którym na perkusji gra Bartek Staromiejski, na kontrabasie Tomasz Kupiec a przy fortepianie zasiada wielce uzdolniony Paweł Kaczmarczyk. To jeden z najbardziej obiecujących muzyków ostatnich lat, do tego ambitny i pracowity, o sporych już osiągnięciach (jedno z najważniejszych to podpisany niedawno kontrakt z ważną europejską wytwórnią jazzową ACT). I tym razem sprawdza się znakomicie, grając, trochę nietypowo dla siebie, na fortepianie elektrycznym.

HeFi Quartet stanowi fundament omawianej sesji, ale jest wspomagany przez zaproszonych gości. W ostatnim temacie Mr H.L. (adresatem dedykacji jest amerykański flecista wirtuoz Hubert Laws) na instrumentach perkusyjnych pojawia się Pramath Kiran. W pierwszym, tytułowym utworze skrzypek Dominik Bieńczycki gra w duecie ze sławą polskiej wiolinistyki jazzowej Krzesimirem Dębskim. Zresztą Dębski staje się niejako piątym członkiem kwartetu wspaniale improwizując w aż pięciu kompozycjach na płycie.

Zarówno pod względem materii muzycznej, wykonawstwa jak i zapisu dźwięku album jest na najwyższym poziomie. Czy mógłby być jeszcze lepszy? Sądzę, że zyskałby na spójności i jednorodności gdyby wyłączyć z niego dwa nagrania: Preludium e-moll i Mr H.L. To pierwsze to genialna kompozycja Chopina, znana z niezliczonych opracowań (jak choćby pamiętna wersja, której autorem jest Gerry Mulligan). Tu pojawia się w formie jakby niedomkniętego szkicu. W postaci ciekawej ale chyba nie ostatecznej. Drugie (jak sam autor zastrzega – bonus track) wydaje się trochę zbyt rozrywkowe pod względem aranżacji i pracy sekcji rytmicznej. To ten newralgiczny punkt gdzie jazz-rock styka się z fusion. Choć sam temat należy uznać za udany i do tego słychać jeszcze ładne solo kontrabasu. Jednak myślę, że te kompozycje nieco odstają od całości i odnalazłyby się lepiej w jakimś innym projekcie.

Wiśniowski to obecnie chyba najciekawszy (i do tego stale się rozwijający) flecista w polskim jazzie. Jego „Kinetyka” jest propozycją niezwykłą, do której będziemy wracać przez lata. Ta płyta to może i niespodzianka ale z całą pewnością nie przypadek.

 

 

 

Joshua Redman Elastic Band

Momentum

Nonesuch

Joshua Redman nabiera rozpędu. Po chwili przerwy wraca z dwoma naraz przedsięwzięciami: SF Jazz Collective i Elastic Band. Ten drugi zespół pojawił się trzy lata temu z płytą "Elastic" jako elektryczne trio. Grał w nim też organista/klawiszowiec Sam Yahel i perkusista Brian Blade. Była to spora zmiana u saksofonisty prowadzącego dotąd akustyczny mainstreamowy kwartet.

Nowe wydawnictwo Elastic Band idzie krok dalej. W rozciągliwej formule mieści się i jazz, i rock, i, zwłaszcza, funk. Także skład zespołu został rozszerzony. Blade jest teraz jednym z trzech perkusistów. Do tego wielu znakomitych gości. Nie tylko jazzowych jak Stefon Harris, Nicholas Payton czy Kurt Rosenwinkel. Jest ?uestlove z the Roots, Flea z Red Hot Chili Peppers, niezwykła basistka Me'Shell NdegeOcello. W repertuarze covery tak różnych (i niespodziewanych) artystów jak Led Zeppelin, Ornette Coleman i Sheryl Crow.

Widać, że Redman chce odświeżyć idiom jazzowy, penetrując inne rytmy i tematy ze współczesnej muzyki pop (idąc w tym zresztą po śladach Herbie Hancocka). Szkoda, że efekt nie jest zbyt oryginalny. Może z wyjątkiem słynnej "Lonely Woman" Colemana, tym razem w oprawie nawiązującej do drum'n'bass, a także "Put It In Your Pocket" z ekscytującą współpracą trąbki i saksofonu.

Domyślnym patronem sesji jest, wielbiony przez Redmana, James Brown, ale chyba nie byłby on zadowolony z jej wyniku. Jak na płytę funkową, za mało tu energii (tytuł "Momentum" trochę na wyrost), emocji, no i ... funka.

Redman zbyt rzadko odwołuje się do korzeni tej muzyki. Czerpie raczej z doświadczeń jazzu lat siedemdziesiątych, głównie stylu fusion. Dobrze, kiedy nad całością unosi się duch elektrycznego Milesa czy Eddie Harrisa (czasem też Weather Report). Gorzej, gdy w aranżacjach pobrzmiewa soulowy pop tamtej dekady jak w, skądinąd interesującym, "Greasy G". Niektóre utwory robią wrażenie ciekawych, acz nierozwiniętych szkiców. Ten album najlepiej sprawdza się kiedy traktuje się go jako mozaikę, w której wiele elementów o mniejszej sile pracuje na rzecz całości, a nie jako dopracowany zbiór samodzielnych i skończonych kompozycji.

 

 

Acoustic Ladyland

Last Chance Disco

Babel

Kiedy zderzają się ze sobą free jazz i punk rock, zawsze powstaje nowa jakość. Czy będzie to zaledwie gwiezdny pył, czy jasna, nowa gwiazda, zależy od wielu czynników takich jak czas, miejsce, talent, a niekiedy po prostu przypadek.

Acoustic Ladyland to czterech młodych, zupełnie u nas nieznanych, brytyjskich muzyków działających razem od 2001 roku. Nazwa grupy nieomylnie wskazuje na ich wczesne fascynacje muzycznym geniuszem Jimiego Hendrixa. Nic z tego! Ani Hendrix, ani acoustic.

Tym razem jest naprawdę ostro. Ich druga płyta Last Chance Disco dowodzi, że są jedynym czynnym wulkanem na Wyspach Brytyjskich. Nieustanne erupcje i mnóstwo czadu. Ostożnie! Mimo, iż zespół jest klasyfikowany jako jazzowy i słychać, że potrafią swingować, to nie jest płyta jazzowa. Trzeba to wyrażnie powiedzieć. Skład instrumentalny przypomina wprawdzie standardowy kwartet elektrycznego jazzu z tenorem w roli głównej. Jednak materia muzyczna jest tu tworzona przez ludzi, którzy prawym uchem chłoną doświadczenia nowoczesnej muzyki improwizowanej, lewe nastawiając na hardcore i okolice. Z jednej strony instrumentalne krzyki w duchu Alberta Aylera, z drugiej powalająca punkowa sekcja rytmiczna z przesterowanym basem. Do tego odrobina elektroniki. Brzmi to jak demo nigdy nie nagranej płyty Petera Brotzmanna z grupą Discharge (posłuchajcie Iggy lub Thing).

Taka postawa artystyczna, łącząca te dwa spośród najbardziej bezkompromisowych nurtów muzyki ubiegłego stulecia nie ma długiej historii na Wyspach ani w Europie. Inaczej w Japonii czy Ameryce, gdzie już kilkanaście lat temu działał John Zorn i jego Painkiller, a obecnie nie tak już sławne, podziemne zespoły w rodzaju Sweep The Leg Johnny i Black Eyes.

Acoustic Ladyland nie są aż tak radykalni. Znajdują nawet miejsce na rockowe czy wręcz popowe wypady jak w zamykającym całość utworze Nico. Tych, których nie odstraszy tytuł płyty ani kiczowata okładka czeka wszak wiele estetycznych odkryć i wzruszeń. Uwaga sercowcy!!!

 

 

North Quartet

Malamute

Kilogram Records

Czterej pancerni i malamut wyruszają na północ. Celem wyprawy jest poszukiwanie nowych źródeł wolności.

Kapitanem został najbardziej doświadczony w tej drużynie odkrywca Peter Brötzmann. Za logistykę odpowiada inicjator całej awantury Mikołaj Trzaska. Przy sterach zasiada Duńczyk Peter Friis Nielsen, a niemal atomowy napęd zapewnia Szwed Peeter Uuskyla.

Dźwiękowy zapis dziennika podróży otrzymał bardzo staranną, wysmakowaną oprawę edytorską. Mimo, iż prostą, surową, wręcz minimalistyczną. Ukazał się nakładem niezależ nego wydawnictwa Kilogram Records. Ta oficyna specjalizuje się w dokumentowaniu badań niepoznanych jeszcze obszarów obu półkul mózgoświata. Tym razem jest to daleka, i coraz dalsza, północ. Chłód i ciemność. Ogromne połacie pustki i bezlitosna przyroda. I samotność, jakiej musi stawić czoło podróżnik do biegunów świadomości. Nawet jeśli wyrusza w grupie i jest wyposażony w najnowsze elektroniczne środki łączności.Cztery ścieżki nagraniowe tego dokumentu to szlaki prowadzące w cztery strony świata, z których każda nazywa się północ. Warto je przemierzyć by, teraz już bezpiecznie, prześledzić cztery wypady w nieznane. Każda kolejna próba jest śmielsza i dłuższa. Każda fascynująca.

Słychać skrzeczące głosy ptaków podziemi strzegących granicy między światłem a ciemnością. Prawdziwa ptasia konferencja. Mijamy szczątki mastodontów przypominające kto tu był pierwszy i kto naprawdę rządził, ale także i to, że nic nie jest wieczne. Dlatego mocniej ściskamy pomarańczową chustkę świadomi jak łatwo utracić świeżo odzyskaną wolność.

Malamut jest dobrze zbudowany i silny. Cechuje go ciekawość, aktywność i czujność. Wygląda jak wilk ale jest łagodny i przyjaźnie usposobiony. I takie też są te dźwięki. Taki jest ten pancerny bebop.

 

 

Richard Hell

Spurts: The Richard Hell Story

Warner

Richard Hell to poważny amerykański wynalazca. Nie ma go w leksykonach techniki, bo jego wynalazek dotyczył sfery kultury i obyczajowości. Wymyślił coś co stało się archetypowym wizerunkiem punk rockera: postrzępione włosy i podarte ubranie. Nie został jednak punkowym multimilionerem bo nie zadbał o patent.

Potencjał jego wynalazku najwcześniej chyba dostrzegł sprytny brytyjski biznesman Malcolm McLaren i zaproponował Johnny Rottenowi. Taki wygląd początkowo szokował, obrażał, budził niesmak. Z czasem został oswojony i wchłonięty przez wszystkożerną machinę kultury masowej.

To nie zaprząta dziś głowy Richarda bo ma na niej o wiele więcej spraw. Oprócz śpiewania, grania na basie, układania muzyki i tekstów, zajmuje się poezją, pisze powieści, jest krytykiem muzycznym i filmowym, bywa aktorem. Jest przykładem wyjątkowo utalentowanego nieudacznika.

Spurts to podsumowanie jego działalności muzycznej. Wybór nagrań, ułożonych niemal chronologicznie, obejmuje okres trzydziestu lat. Przedstawia wszystkie ważne dla Hella grupy: The Neon Boys (rok 1973), Television, The Heartbreakers, The Voidoids czy Dim Stars. No, to już brzmi jak Zarys Historii Punk Rocka, a warto jeszcze pamiętać, że muzycy tych grup wspierali też takie gwiazdy jak New York Dolls, Ramones, Lou Reed, Sonic Youth.

Mimo, że Richard to nie Jaco ani nie Luciano, muzyka jest intrygująca. Surowa i prosta, wymyka się banałowi.Słychać tu echa szeroko rozumianej amerykańskiej muzyki popularnej. Są silne wpływy Dylana, Rolling Stones, Stooges. Dylana słychać choćby w That's All I Know czy legendarnym anty-hymnie pokoleniowym Blank Generation. W świetnym Chinese Rocks napisanym wspólnie z Dee Dee Ramone pobrzmiewa The Clash. Walking On The Water jest coverem Creedence Clearwater Revival. Nagrania Dim Stars dokonane z Thurstonem Moore to już mroczny noisowy pop. Ale gros utworów to The Voidoids i ta muzyka jest bardziej melodyjna i dynamiczna.

 

 

Yo La Tengo

Prisoners Of Love

Matador

Jola tęgo gra od dwudziestu z górą lat. Z sukcesem. Jak to możliwe? Recepta jest całkiem prosta. Weź zdolnego, inteligentnego śpiewającego gitarzystę. On niech weźmie za żonę perkusistkę/wokalistkę. Przez pięć lat trzeba jeszcze dodawać różnych basistów do smaku, a następne piętnaście lat gotować na małym ogniu pod przykrywką "indie rock". Dobrze by było żeby gitarzysta pracował wcześniej jako dziennikarz muzyczny. Będzie miał niezłe rozeznanie w historii rocka co zapewni ciekawy i eklektyczny repertuar.

Retrospektywne wydawnictwo Prisoners Of Love potwierdza zróżnicowane zainteresowania tego egzotycznego tercetu. Grają głównie swoje własne kompozycje i słychać, że lubią Velvet Underground, Sonic Youth, Dinosaur Jr czy Pixies. Może dlatego, że to brzmienie Wschodniego Wybrzeża skąd także i Yo La Tengo pochodzi. Jeśli zdarzają się cudze utwory to wykonawców tak od siebie odległych jak K.C. & the Sunshine Band, Stevie Nicks, NRBQ czy wielki Sun Ra.

Choć w prawie każdej piosence słychać jakieś znajome elementy brzmieniowe, harmoniczne czy aranżacyjne, jest to bez cienia wątpliwości ich własna, oryginalna muzyka. Te składniki, które wydają nam się znajome sprawiają, że całość jest przyjazna słuchaczowi już od pierwszego dźwięku. Chętnie dajemy się złapać w pajęczynę bezpieczeństwa (nie bez powodu nazywają się Yo La Tengo). A choć sieć rozpięta przez zespół jest zawieszona na bardzo odległych biegunach, to są to przecież bieguny tej samej nuty.

Z jednej strony delikatne, rozmarzone i melodyjne piosenki, z drugiej kompozycje surowe, noisowe, operujące sprzężeniami i czasem zahaczające nawet o eksperyment dźwiękowy. Mimo to razem tworzą spójną całość. Odrębny świat, który warto poznać, i którego nie chce się potem opuszczać bo jest w nim dobrze i przytulnie. Te piosenki od razu uznajemy za swoje. Są ciepłe jak jesienny sweter i leniwe jak sierpniowe popołudnie.

 

 

Burnt Friedman & Jaki Liebezeit

Secret Rhythms 2

Nonplace

Aptekarska robota. Ta mikstura muzyczna ma wiele składników, a zabawa polega na tym, by zestawiać różne elementy w idealnych proporcjach. Burnt Friedman, wszechstronny niemiecki muzyk i producent, od lat nagrywa pod różnymi pseudonimami dla niewielkich, na ogół, wytwórni. Ostatnio przede wszystkim dla własnej - Nonplace. Obecne przedsięwzięcie firmuje wspólnie z nim słynny perkusista Jaki Liebezeit, niegdyś podpora eksperymentalnej grupy rockowej Can. Dwójka w tytule oznacza kolejne podejście. Pierwsza płyta ukazała się w 2002 roku. Sam tytuł wskazuje, że chodzi o penetrowanie podziałów nietypowych dla kręgu muzyki europejskiej.

Autorzy operują dźwiękami z różnych światów. Ambientowa elektronika sąsiaduje z rytmami plemiennymi, hipnotyczne duby z jazzem i okruchami funka. Liebezeit i Friedman nie ograniczają się do bębnów, syntezatorów i samplerów. Pojawiają się na przykład melodica, czy steel drums. Całość doskonale wzbogaciło zaproszenie do nagrań wibrafonisty, klarnecisty i puzonisty. Dzięki temu nie dominuje płaska elektronika, jak to się czasem zdarza w podobnych projektach. Muzyka nabiera głębi, staje się cieplejsza i bardziej organiczna. Niewątpliwie wśród inspiracji są transowe nagrania elektrycznego Milesa Davisa i fuzja jazzu, rocka i funka z elektroniką u Herbie Hancocka czy Weather Report. No i późniejsze próby Zawinula łączenia jazzu i muzyki etnicznej.

Ta płyta nie jest tak spójna jak poprzednia. Pewnie dlatego, że w odróżnieniu od pierwszej, była nagrywana dość długo (blisko trzy lata) na sesjach w różnych krajach. Szczególnie dwa pierwsze utwory trochę odstają od koncepcji całości, a to za sprawą aranżacyjnych odniesień do prog rocka i komercyjnego funky. Ale już następny, The Librarian, wspólna kompozycja obu liderów i Davida Sylviana to prawdziwa perła. Głos Sylviana, chociaż matowy i beznamiętny, jest jednak zdumiewająco ekspresyjny. Potem też jest znakomicie. Stosować przynajmniej raz w tygodniu.

 

(C) Piotr Siatkowski 2006

ALL TEXTS AND IMAGES © PIOTR SIATKOWSKI



web counter
web counter