RAMONES HEY HO LET'S GO

 

 

 

 

 RAMONES  

 

 

 

 

 

EVERETT TRUE

 

HEY HO LET'S GO

HISTORIA ZESPOŁU RAMONES

 

In Rock  2016

 

 

 

Ramones to punk rock w czystej postaci. Ten klasyczny już amerykański zespół punkowy składał się z czterech braci, a byli nimi Tommy Ramone, Dee Dee Ramone, Joey Ramone i Johnny Ramone . Ich braterstwo utrzymało się przez ponad ćwierć wieku, choć jako zespół grali "zaledwie" 22 lata. Należałoby jednak powiedzieć, że braćmi przyrodnimi, jako że pokrewieństwa między nimi nie było. Przynajmniej nie w sensie biologicznym. Natomiast muzycznie łączyło ich bardzo wiele. Zwłaszcza miłość do wczesnych odmian rock and rolla, klasyki muzyki pop i oczywiście do zespołu wszechczasów The Beatles.

To Paul McCartney i jego psudonim Paul Ramon zainspirował Douglasa Colvina do zmiany nazwiska na Dee Dee Ramone, którego używał aż do śmierci w 2004 roku. Pozostali koledzy poszli za jego przykładem i tak utworzyli coś w rodzaju nieformalnej rodziny zastępczej, jako że dzieciństwo mieli trudne. Nawet nagrali prześmiewczą piosenkę We're A Happy Family pokazującą typową toksyczną rodzinę amerykańską. Jej tytuł stał się dużo później tytułem płyty składankowej, tak zwanego "tribute album", który w hołdzie legendarnym Ramones nagrali jego wielbiciele. A byli wśród nich tacy wykonawcy jak The Pretenders, Tom Waits, Red Hot Chili Peppers, John Frusciante, KISS, bardziej mainstreamowe grupy punkowe jak Rancid, The Offspring czy Green Day a nawet komercyjne monstra jak U2 czy Metallica. O współpracę produkcyjną został poproszony John Cummings (dla wtajemniczonych Johnny Ramone) i Rob Zombie (także autor okładki). Tekst do wkładki napisał inny wielki fan Ramones, niejaki Stephen King, znany również jako pisarz.

Jest rzeczą szokującą, że obecnie składa im się hołdy, są we wszystkich encyklopediach, zostali oficjalnie wprowadzeni do The Rock and Roll Hall of Fame, w Berlinie mają swoje muzeum, uważa się ich za pionierów, innowatorów i, chciałoby się powiedzieć, żywą legendę gdyby nie fakt, że wszyscy już nie żyją. A przecież odeszli przedwcześnie z pewnym gorzkim poczuciem zbyt skromnego, nieadekwatnego do skali zjawiska, uznania i percepcji ich sztuki. Bo jednak była to sztuka, nawet jeśli niezbyt skomplikowana, niektórzy powiedzą prymitywna. Z tych samych powodów długo nie doceniano sztuki ludowej, prostych form muzycznych takich jak blues czy arcydzieł minimalizmu jakie tworzył Eric Satie. Bo trzeba być prawdziwym mistrzem by przy minimalnych środkach uzyskać maksymalny przekaz i ekspresję. To żaden wyczyn wsadzić do kompozycji tysiąc akordów albo grać półgodzinne solówki o niczym. W ten sposób sztuczne twory  takie jak progressive rock, symphonic rock czy jazz rock (poza nielicznymi szlachetnymi wyjątkami) zjadły same siebie, przy okazji usypiając i zanudzając na śmierć publiczność. Wiedzieli o tym nawet niektórzy kreatywni jazzmani, tworząc styl punk jazz a potem jazzcore, fuzję muzyki hardcore i jazzu.

Ramones mieli być, i byli, odpowiedzią na te wypaczenia, które w latach siedemdziesiątych przybrały monstrualne rozmiary, pozbawiając muzykę radości i witalności. Ci czterej młodzi gniewni ludzie postanowili to zmienić, odwołując się do korzeni muzyki rock i pop i, choć nie umieli grać, dokonali rewolucji kulturalnej na skalę światową. Mimo sporego sukcesu, Ramones pozostali niedocenieni, biorąc pod uwagę wkład jaki wnieśli. Niedocenieni przez przemysł muzyczny, dziennikarzy i dużą część słuchaczy. Czasem byli wręcz traktowani jak żart. Kiepski żart. O tym właśnie traktuje książka Hey Ho Let's Go: The Story Of The Ramones, którą napisał brytyjski dziennikarz muzyczny Everett True, pisujący niegdyś do gazet i czasopism takich jak New Musical Express (NME), Melody Maker czy Vox.

Everett True wybrał bardzo rozsądną koncepcję pokazania losu zespołu i jego indywidualnych członków poprzez narrację chronologiczną przeplataną wspomnieniami, komentarzami i opiniami zarówno samych muzyków jak i osób z ich otoczenia. Byli to przedstawiciele show businessu, producenci, organizatorzy, projektanci okładek płyt, fotografowie, krytycy, wydawcy fanzine'ów, inni muzycy, krewni i znajomi. Dzięki temu powstał patchwork czy też mozaika dająca w miarę spójną i precyzyjną wizję historii, ale też idei stojących za tym niezwykłym zjawiskiem kulturowym jakim byli i pozostają The Ramones.

Czytając książkę Hey Ho Let's Go dochodzę do tych samych wniosków, które zawsze dotąd miałem zastanawiając się nad pokrętną drogą jaką musiał przebyć zespół. Road to Ruin w rzeczy samej. Jest co najmniej kilka istotnych powodów dla których nie mogło udać się lepiej. Po pierwsze nie trafili w dobry czas. To znaczy, jeśli chodzi o ich rolę w odnowieniu i odświeżeniu konającego właśnie idiomu rockowego połączonego z chwytliwością muzyki pop, to pojawili się w momencie optymalnym. Historycy kultury popularnej będą o tym zawsze pamiętać. Natomiast z punktu widzenia sukcesu komercyjnego powielili jedynie znany już dobrze schemat, że pionierzy wprawdzie odkrywają nowe lądy ale żniwa z nich zbierają następne pokolenia. Czyli kopiści. Są ich całe zastępy, szkoda tu miejsca by ich wymieniać.

Poza tym Ramones długo nie mogli się zdecydować na jednoznaczną identyfikację. Byli utożsamiani ze sceną punk, uważani za jej ojców i naśladowani przez mnóstwo nowych, młodych grup amerykańskich, a może nawet jeszcze bardziej brytyjskich/europejskich. Jednak karierę zawodową prowadzili jak typowy zespół rockowy dążący do dużego sukcesu komercyjnego: kontrakt z jak najlepszą wytwórnią, profesjonalny management, długie trasy w USA i na świecie, obecność w mediach komercyjnych. Podobnie zaczynali też ich uczniowie jak The Clash i Sex Pistols, jednak z czasem wytworzyła się scena niezależna a potem silny ruch DIY, gdzie muzycy wzięli sprawy w swoje ręce i przestali być na pasku chciwych ale i kulturowo opóźnionych i zdezorientowanych korporacji.

Na tym polu Ramones pozostali w tyle stając się ofiarami nacisków i manipulacji ze strony muzycznego biznesu. Miało to wiele fatalnych konsekwencji zarówno artystycznych, ideowych, wizerunkowych ale też ekonomicznych. Mimo "sprzedania się", kolejne albumy grupy nie osiągały spodziewanych sukcesów, a oni sami zmuszani do nieustannych tras po świecie byli coraz bardziej wypaleni i skonfliktowani. Przez ponad dwadzieścia lat zagrali 2263 koncerty!!! Oczywiście, byli zespołem typowo koncertowym i uwielbiali grać, jednak ta ciągła harówka na nieustannych trasach po całym świecie to bez cienia wątpliwości była zwykła eksploatacja. Doprowadziła ona do coraz większego rozłamu w grupie, szczególnie wyraźnie poróżnili się Johnny i Joey. Na tle artystycznym i osobistym.

Tymczasem scena niezależna rozwijała się niezwykle żywiołowo, a punk ewoluował w hardcore. Było teraz mocniej, szybciej, głośniej, bardziej radykalnie i dojrzalej. Powstawały małe ale prężne niezależne wytwórnie płytowe, działające w zgodzie z etyką DIY. Pojawiały się tysiące nowych zespołów. Everett True podaje kilka spośród najważniejszych przykładów: X, The Germs, Black Flag (+ później Henry Rollins), Minutemen (+ Mike Watt), Minor Threat (Ian MacKaye), Meat Puppets. Gwoli sprawiedliwości dodajmy od siebie przynajmniej jeszcze Dead Kennedys, T.S.O.L., Bad Brains, The Adolescents, Bad Religion czy Youth Brigade, których dosyć wcześnie mogliśmy podziwiać w Polsce (1984).

Ta eksplozja trochę zradykalizowała The Ramones. Zaczęli grać szybciej i ostrzej, teksty przestały być wyłącznie zabawowe czy wręcz głupawe, grupa zbliżyła się do sceny niezależnej. Jednak wypalenie, zmęczenie materiału i skłócenie zaszło już za daleko. Mimo że grali jeszcze wiele lat, ich los zdawał się przesądzony. Po nagraniu 14 albumów studyjnych i ostatniej trasie z festiwalem Lollapalooza, 6 sierpnia 1996 zagrali w Hollywood ostatni koncert, w którym gościnnie pojawili się ich fani Lemmy Kilmister z Motörhead, Eddie Vedder, Chris Cornell i muzycy Rancid.         

A potem zaczęli umierać. Joey Ramone (1951–2001), Dee Dee Ramone (1951–2002), Johnny Ramone (1948–2004), Tommy Ramone (1949–2014). Wszyscy stosunkowo młodo. Cały pierwszy, najsłynniejszy skład (później byli jeszcze Marky Ramone, Richie Ramone, Elvis Ramone, CJ Ramone, zastępujący nieobecnych Tommy'ego i Dee Dee). I mimo że inne rodzaje muzyki jak choćby country lepiej konserwują i wynagradzają niż punk, to przecież jakieś zwycięstwo odnieśli. Wciąż nowe pokolenia nastolatków krzyczą: Punk's Not Dead!, wybierając ten rodzaj ekspresji dla swojego buntu i poglądów i grając ich piosenki, teraz już standardy, takie jak: Sheena Is a Punk Rocker, I Wanna Be Sedated, She's the One, Bad Brain, Blitzkrieg Bop czy fantastyczny Somebody Put Something In My Drink, wtedy od razu grany w Polsce jako cover przez grupę MYKKA100.

 

 

22.04.2016  (+ aktualizacje)

 

 

 

 

 

 


Previous page: KIM GORDON - DZIEWCZYNA Z ZESPOŁU
Next page: DEZERTER


web counter
web counter